Agresja u kota

Niewielu z nas jest behawiorystami, ale sporo ma koty już bardzo długo, i może uda nam się pomóc w lżejszych przypadkach. W tych trudniejszych pomożemy znaleźć pomoc profesjonalisty.
Awatar użytkownika
Szana
Hodowca
Posty: 90
Rejestracja: 10 cze 2016, 20:22
Hodowla: Calm Cats*PL
Płeć: kobieta
Skąd: Poznań
Kontakt:

Re: Agresja u kota

Post autor: Szana » 25 cze 2016, 22:28

Wątek trochę uśpiony, więc postanowiłam napisać o swoim doświadczeniu z agresywnym kotełem.

Przyszedł dzień, w którym znajoma mojego kochanego poprosiła nas, żebyśmy zaopiekowali się jej dachowym ” tygrysem”, w Święta Wielkanocne 2012 roku.
Zgodziłam się od razu!
Nie pamiętam jaka była wtedy pogoda. Właścicielka kota, o imieniu Tiger, przyniosła go do nas na kilka dni, bo wyjeżdżała do rodziny. Przyniosła też wyprawkę: kuwetę wielkości brytfanny na sernik, żwirek a’la cementowy granulat i jakieś paskudztwo z marketu jako karmę dla niego.
Miał łeb większy od reszty. Nastroszony, wystraszony, wygłodzony, około 2letni, bury „dachowiec”, z agresją dzikiego tygrysa. Bezdomne koty „blokowe” lepiej wyglądają niż on wtedy.
Agresor szybko się schował gdzieś za kanapą, jakby miał kijem dostać.
Wylazł jednak po jakimś czasie i teren zaczął zwiedzać… od łazienki zaczynając, gdzie kuweta „brytfanna” była.
Staraliśmy się nie reagować na jego węszące zachowanie i zajęliśmy się swoimi sprawami.
Wieczorem wyszłam z łazienki, po kąpieli i myślę „gdzie kot?”. Przeszukałam całe mieszkanie. Wyparował!
I wtedy coś błysnęło mi między kwiatami na szafie. To były świecące jak latarki oczyska potwora… „Moje paprotki!” – krzyknęłam. Stwór w krzakach nic sobie z tego nie robiąc, zaczął obgryzać gałęzie moich kwiatów! <strach>
Wyciągnięcie go z tych chaszczy graniczyło z cudem, bo używał dość dynamicznie swoich narzędzi jakimi są jego kły i pazury, więc dałam mu w końcu spokój stwierdzając, że brak reakcji będzie skuteczniejszy przy obronie paproci.
Ale jak on się tam dostał?! - pomyślałam.
Przy szafie stała moja sztaluga. Wdrapał się na nią bez żadnego problemu, jak na kociego „skoczka” przystało. Przesiedział tam całą noc.
Następnego dnia rano jak gdyby nic się nie stało, zaprowadził mnie z podniesioną do góry kitą do kuchni, żeby mu miskę napełnić. Dorwał się do jedzenia jak bezdomny, który dostał kanapkę od przypadkowego przechodnia. Gdy już upewnił się, że zjadł wszystko, żeby nikt inny tego za niego nie zrobił, wszedł do pokoju, przeciągnął się i poszedł na szafę.
Nie, nie… nie oznacza jeszcze, że już się zaaklimatyzował. To byłoby za proste. ;-))
W lany poniedziałek pojechaliśmy do znajomych, którzy mają hodowlę kotów. Zadzwoniłam do nich dzień wcześniej z zapytaniem czy mogą odstąpić nam żwirek, bo ten cement nie nadawał się do niczego po kilku kocich sikach.
Po powrocie do domu, wymyłam mu wspomnianą „brytfannę” i nasypałam nowego żwirku. Wzbudziłam tym jego zainteresowanie i jednocześnie agresję, bo zaczął przybierać wojenną postawę. Uszy po sobie, źrenice powiększone, ciche warczenie, atak na moją nogę i… w „cztery łapy”! Jakby chciał powiedzieć „nie sikaj do mojej brytfanny!”.
Zaakceptował jednak nowy piasek i fakt, że go tam wsypałam… ale jak się później okazało na krótko. :-/////
Praca, zakupy, dom…
Chcąc dobrze dla „gada” położyłam polarowy kocyk w kartonie po owocach, w którym przynieśliśmy zakupy. Żeby miał wygodnie. Przecież koty lubią takie pudełka. <roll>
Było niewielkie zainteresowanie, ale bez rewelacji. Wolał wspomnianą szafę jako bunkier, żeby dalej prowadzić obserwacje człowieków.
Następnego dnia rano poczułam smród w pokoju. Okazało się, że „odgryzł się” za czyszczenie kuwety pięknym za nadobne i nasikał w karton na koc, który mu położyłam, żeby miał wygodnie.
Powtarzało się to jeszcze przez ponad tydzień. Podjęliśmy decyzję, za zgodą właścicielki zwierzaka, która zgodziła się też z tym, aby u nas został dłużej, że czas uciąć mu kocią męskość.
Zawieźliśmy go do weterynarza. Właścicielka nie zaopatrzyła kota w coś co się zwie transporter, więc zwierz transportował się to na tylne siedzenie, to pod pedał gazu… w zależności od przypływu emocji. Dotarł jednak szczęśliwie na niezbyt miły dla niego zabieg. Po południu już mogliśmy go odebrać. Powrót wcale nie był łatwy mimo, że kot oszołomiony po środkach znieczulających i usypiających. Korki ogromne w tych godzinach, więc droga do domu się wydłużała. Zaczął się wybudzać i uciekać mi z kolan. Po dużej walce z maluchem, udało się w końcu dojechać na miejsce.
Żal mi go było, bo jak naćpany szedł do kuwety. Nie mógł wskoczyć na szafę, na kanapę, nawet na pufę.
Gdy „otrzeźwiał” dalej nie dał się pogłaskać, wziąć na ręce… strach miał w tych małych oczętach jak dziecko, które doznało krzywdy.
Na widok mopa rzucił się jak na wroga, a odkurzacz wywoływał u niego afro na całym ciele… Jaki wniosek? Był bity. Ale ta mała istotka, strachem przesiąknięta potrafiła się odwdzięczyć oprawcy i nie była to jego właścicielka. :) Nic przyjemnego dla sadysty znaleźć kocią kupę na ulubionej poduszce do spania, prawda? <mrgreen>
Cierpliwość mojego faceta powoli sięgała zenitu, a w dzień w którym ten mały bury "gad" wbił wszystkie swoje kły w moje udo, bo wytrzepałam jego ulubiony kocyk, miał ochotę wyrzucić go za okno. Nie dziwię się, ale przecież to nie jest rozwiązanie. Gdzieś w głębi serducha czułam, że ten kot się zmieni, tylko muszę go odebrać od właścicielki i dać mu czas, bo przecież czas leczy rany. A to było mu potrzebne jak ta pełna karmy miska.
Zaparłam się w socjalizacji tego, pierwszego w moim życiu przypadku agresora kota i zaczęłam od odzyskania przez niego zaufania do człowieków.
Kupiłam kilo wątróbki drobiowej, podzieliłam na porcje i zamroziłam. Minimum 3 dni.
Gdy dostał rozmrożoną wątróbkę dorwał się do niej jak sęp i dopóki nie zżarł wszystkiego, nie odszedł od miski. Lubiłam go wtedy drażnić, złośliwie mówiąc „dawaj to mięsko”, a on tak zabawnie warczał. Później już nie warczał, bo jakby zrozumiał, że mu tego nie zjem.
Przełom w zachowaniu kota nastąpił po jakichś dwóch tygodniach. Niedzielna sjesta po ludzkim obiedzie, oglądałam TV, a to małe „bydle” wlazło na kanapę i uwaliło się obok mnie. To był pierwszy raz kiedy zasnął spokojnie u nas. To, że mu pozwoliłam wejść na kanapę chyba było przełomem, bo od tej pory spał z nami w nocy w rogu łóżka. Z tego co wiem nie mógł w poprzednim domu.
Nadszedł czas kiedy miał od nas pójść. Jak dziecko będące w rodzinie zastępczej, które miało wrócić do „patologii”.
Odwiedziła nas właścicielka zwierzaka. O dziwo kot do niej nie poszedł tylko do mnie. Jakby czuł, że wróci do samotności i głodu.
Namawiałam właścicielkę, żeby go zostawiła u nas, bo za dużo pracuje, nie ma czasu, wprost powiedziałam, że jest wychudzony, niedożywiony, wystraszony…
Zastanawiała się, długo zwlekała, znów się zastanawiała i w końcu… OK.! Zostaje u was!
Przyczyna była inna niż „nie chcę go”, ale to już nieważne. <mrgreen> Ważnym jest, że w pewnym sensie uratowałam „gadzielca” przed „patologią”.
Fit po kastracji się wyciszył, chociaż nie od razu. Sikał nam na łóżko. Część jego agresji udało nam się wyeliminować, ale czasem wystarczył impuls i z kochanego koteła stawał się dzikim tygrysem. Winą za to można obarczyć poprzednich opiekunów, bo traktowali go jak przedmiot. Bo jak inaczej można nazwać robienie kotem bączków na dywanie?
Nie jesteśmy behawiorystami, chociaż dużo o tym czytaliśmy i to pomogło nam zrozumieć naszego kota. Potrafiliśmy (choć w części) zrozumieć jego potrzeby i sygnały jakie nam daje. Daliśmy mu dużo ciepła i miłości, którą zdecydowanie, chociaż na swój sposób nam okazywał.
Dziś Fituś biega za Tęczowym Mostem. Brakuje mi jego długich pogawędek z pańciem (bo w końcu tak wyszło, że wybrał pańcia a nie pańcię), "żebrania" o smakołyk i wariacji z wędką. Pańcio był do kochania a ja do karmienia i zabawy. :-) Pozostały piękne wspomnienia i ogrom zdjęć. No i teraz mi się łezka zakręciła w oku. ;-(
Podsumowując ... Agresja u kota zawsze jest czymś spowodowana. Trzeba szukać przyczyn, sposobów by je wyeliminować i ogromnej cierpliwości i miłości do koteła. Mam nadzieję, ze Was nie zanudziłam tą opowieścią. :-)
"Naucz się czytać kota, a będzie z Tobą szczęśliwy"
http://www.calmcats.pl
https://www.facebook.com/calmcats/

Awatar użytkownika
Ballofhappiness
Posty: 117
Rejestracja: 18 lip 2016, 15:20
Płeć: Kobieta
Skąd: Kraków

Re: Agresja u kota

Post autor: Ballofhappiness » 06 sie 2016, 06:52

Od kilku dni narzeczony zajmuje sie kotką kolegi, jest ona wysterylizowana. Jak przychodził do tej pory kotka była grzeczna, chciała się bawić, ocierała się o nogi, burczała. No kot ideał.
Dzisiaj jak przyszedł otarła się o nogi i zaczęła biegać po pokoju i syczeć, wskoczyła na blat kuchenny i przygotowywała się do skoku na niego. Gdy dawał jej jedzenie do miski kotka solidnie go podrapała.
Dodam, że nie przebywał on z innymi zwierzętami więc raczej nie o zapachy tu chodzi.
Co mogło być przyczyną agresji?
Kicia jest dachowcem niewychodzącym.

Awatar użytkownika
Kasik
Agilisowy Rezydent
Posty: 6112
Rejestracja: 24 lip 2013, 22:49
Płeć: kobieta
Skąd: Szczecin

Re: Agresja u kota

Post autor: Kasik » 07 sie 2016, 10:56

Szana piękna historia, dopiero doczytalam :hug: Z Fitusia to był fajny chłopak :kotek: <serce>

Ballofhappiness ciężko coś doradzić skąd taka agresja u koteczki, zwłaszcza, ze nie jesteście z nią cały czas i niewiele mogliście zaobserwować <hm>
Czy pytaliscie właściciela, czy coś takiego się wcześniej zdarzało? Być może problem ma podłoże zdrowotne, narzeczony kontroluje liczbę kulek w kuwecie, nie ma nic poza nią? Powodów chyba może być mnóstwo, np. u moich znajomych kotka po zjedzeniu zbyt dużej ilości surowej wątroby (tak stwierdził wet) podobnie się zachowywała. .. Może idź z narzeczonym na kolejną wizytę i oceń sama, może więcej zauważysz. Weź wędkę, zobacz, czy kotka jest skora do zabawy, czy sprawia wrażenie, że coś ja boli? Trzymam kciuki <ok> <ok> :kotek:
obrazekobrazek

Awatar użytkownika
Sonia
Agilisowy Rezydent
Posty: 28550
Rejestracja: 11 mar 2010, 09:51
Płeć: K
Skąd: Orzesze

Re: Agresja u kota

Post autor: Sonia » 07 sie 2016, 13:10

A czy ta koteczka od maleńkości była ze swoimi ludźmi, czy została zabrana jako dorosła z ulicy lub ze schroniska? Pytam, bo mi tak przyszło na myśl, że może jak ona żyła kiedyś w schronisku, to taka nagła "utrata" w jej mniemaniu swojego ludzia spowodowała, że się boi, że znowu ją ktoś porzucił. Kotce się nie wytłumaczy, że wyjeżdża się na wakacje i że za 2 tygodnie się wróci.
Brysia* 30.06.2008-25.04.2014
Tami 8.06.2009
Tobi 24.05.2014

ODPOWIEDZ