Kocie serduszko

Awatar użytkownika
Miss_Monroe
Moderator
Posty: 12503
Rejestracja: 24 lut 2012, 11:28
Płeć: Kobieta
Skąd: Warszawa/NY

Re: Kocie serduszko

Post autor: Miss_Monroe » 13 mar 2013, 14:14

Bartolka pisze: Ta lekarka badała również serduszko Holly i bardzo ją polecam :-)
Moniko :-) ja znalazłam jakiś czas temu właśnie Twoją opinię o Pani Doktor w dziale Ogłoszenia (w sprawie konsultacji kardiologicznych w lutym w Gdynii) i muszę przyznać, że to zadecydowało o wyborze Tej Pani do przeprowadzenia badania serca. M.in ze względu na cierpliwość Pani Doktor o której wspominałaś, a jest to bardzo ważne, bo przy badaniu Bentleya niestety nigdy nie jest łatwo :((((
obrazek

Awatar użytkownika
Bartolka
Posty: 2785
Rejestracja: 05 lis 2010, 20:51
Płeć: Kobieta
Skąd: Poznań

Re: Kocie serduszko

Post autor: Bartolka » 13 mar 2013, 15:45

Miss_Monroe pisze: Moniko :-) ja znalazłam jakiś czas temu właśnie Twoją opinię o Pani Doktor w dziale Ogłoszenia (w sprawie konsultacji kardiologicznych w lutym w Gdynii) i muszę przyznać, że to zadecydowało o wyborze Tej Pani do przeprowadzenia badania serca. M.in ze względu na cierpliwość Pani Doktor o której wspominałaś, a jest to bardzo ważne, bo przy badaniu Bentleya niestety nigdy nie jest łatwo :((((
Jakieś przeczucie miałam i sprawdziłam jej stronę i znalazłam w wątku jej przyjaciół Twoją lekarkę (tzn Bentleya <lol> )
Przepraszam za OT :-)
Dr Bartoszuk jest bardzo ciepła i cierpliwa a to dla mnie istotne w tak stresującym badaniu :-) Holinek bez głupiego jasia leżała jak aniołek :-)
Na jej stronie i to już na temat ;-)) jest o chorobach serca u kotów.
http://www.kardiologiaweterynaryjna.pl/okotach.php
Monika, Holly, Bibi i Lulu

Moje Baryłki
obrazek obrazek obrazek

Awatar użytkownika
Scherii
Posty: 59
Rejestracja: 06 lip 2013, 23:42
Płeć: Kobieta
Skąd: Siedlce

Serduszko-zagadka czyli ciekawy przypadek.

Post autor: Scherii » 16 kwie 2014, 14:40

Wybaczcie, ale po prostu muszę napisać. Właśnie wróciłam z wizyty z kotką mojego taty u dr Garncarz. Kotka rasy maine coon, lat 5, 1,5 tygodnia temu dostała w nocy dziwnego ataku z obrzękiem płuc, serca, węzłów chłonnych i przykurczem prawej przedniej łapki. Ponad doba płaczu z bólu, bo weterynarze nie potrafili jej pomóc, a to na złość jeszcze była niedziela. Po badaniu jedyne, co mi przychodzi do głowy to jest "o kur**" <shock>

Po 1,5 godziny badań (2x echo serca + rtg klatki piersiowej) przy których były 3 lekarki i 2 studentki/absolwentki nadal nie wiadomo, co jej dolega. Najpierw pani doktor nie mogła zlokalizować jak serce leży, bo leży dziwnie. Potem się okazało, że serce wygląda tak, jakby miało dwa lewe przedsionki, jeden maleńki, drugi wielki. Potem diagnoza poszła w stronę pękniętego przedsionka, bo wyglądało to tak, jakby jeden z nich był rozciągnięty prawie do koniuszka serca. Ostatecznie uwidoczniła się jakby jama, która zaczyna się na podstawie serca (tworząc ten tak jakby wielki przedsionek) i idzie jednostronnie aż do koniuszka serca, nie ma w niej przepływu krwi, są za to jakieś jakby zrosty albo skrzepy. No i nikt nie wie co to właściwie jest, możliwe, że krew wylała się w worek osierdziowy albo doszło do jakiegoś rozwarstwienia albo jeszcze jakaś inna cholera. Jak to pani doktor ujęła "wiele lat już nie widziałam tak nieanatomicznego serca". Tak więc chwilowo nie bardzo wiadomo, co robić, na razie dostanie te leki, które dostać musi, ale będzie chyba niestety do dalszego badania... Pani doktor powiedziała nawet, żeby pojechać do dr Niziołka, nie mówiąc mu co to jest i żeby sam pogłówkował i doszedł do jakiegoś wniosku, albo poczekać chwilę, aż ona sama dostanie lepszy sprzęt po świętach i jeszcze raz do niej podjechać, bo słaba jakość obrazu mocno utrudnia dokładny opis. Niestety pływa trochę skrzepów, mam nadzieję jednak, że nic złego się jej nie stanie w najbliższym czasie... Nie wygląda na chorą, je, pije, zachowuje się normalnie, tylko zupełnie nie ma czucia w prawej przedniej dłoni, do tego stopnia, że nawet silne ściskanie szczypcami poduszeczki w ogóle jej nie ruszyło... Nie trzyma łapki na palcach, więc chodzi jak niedźwiedź. Na razie muszę do jutra poczekać na opis i zobaczymy, co pani doktor tam uradzi... Ogólnie szok. Wychodzi na to, że moja chora kotka to okaz zdrowia przy tej, która do tej pory była "zdrowa".
Opisałam to jako ciekawostkę, bo na razie jest to bardziej ciekawostka (zarówno dla lekarzy) niż konkretny przypadek. Będę pisać jak czegoś nowego się dowiem, jeśli miał ktoś podobne doświadczenia to piszcie proszę, może uda się dojść do jakichś wniosków. Pozdrawiam :)
obrazek

Awatar użytkownika
jasminka
Agilisowy Rezydent
Posty: 6067
Rejestracja: 28 sty 2010, 10:00

Re: Kocie serduszko

Post autor: jasminka » 05 sie 2016, 04:41

Za licznymi namowami postanawiam odgruzować ten wątek i wkleić Wam tutaj prawdziwego pasożyta :) Może komuś kiedyś przyda się nasza historia...

Dodatkowo jeśli ktoś kiedyś będzie potrzebował wsparcia osób które spotkały się z tą chorobą lub będzie chciał się czegoś o niej dowiedzieć, zapraszam na Grupę Wsparcia znajdującą się na Facebooku https://www.facebook.com/groups/animalshcm/ Założyłam tą grupę specjalnie po to aby móc dzielić się radami w opiece nad kotem z chorym serduszkiem, po to aby uświadamiać że taka choroba istnieje - po to aby móc wcześnie ją wykryć i po to aby znaleźć zrozumienie wśród ludzi znajdujących się w podobnej sytuacji. Grupa cały czas się rozwija, pojawiają się nowe wątki, historie, członkowie więc jeśli ktoś chciałby do nas dołączyć - zapraszam :)


O KARDIOMIOPATII U GABRYSIA

Nie jestem lekarzem ani specjalistą tak, więc o kardiomiopatii przerostowej opowiem z punktu widzenia właściciela. Sama do momentu, w którym usłyszałam słowo HCM w gabinecie weterynaryjnym nie zdawałam sobie sprawy z istnienia takiej przypadłości. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko i chaotycznie, patrząc z perspektywy czasu nadal uważam tamten okres za najgorszy, jaki mógł nam się przytrafić.

To było ponad rok temu 30.04.15, popołudniu nasz dobrze rozwijający się, niechorujący kotek nagle zasłabł. Kot zemdlał, był całkiem bezwładny, miauczał przeraźliwie, stracił świadomość, nie mieliśmy pojęcia, co robić. Bo skąd wiedzieć, co dolega małemu i jak mu pomóc, co go boli? Zwierzę nie powie tak jak człowiek, że coś nie gra, niestety. Nastała panika a zarazem szybka akcja, kot, transporter, auto, 100 km/h w mieście, nikt nie patrzy na przepisy, kiedy istota, którą kocha się nad życie, gaśnie nam na rękach, uwierzcie mi.
Pojechaliśmy do naszego weterynarza gdzie Gabryś dostał leki na wzmocnienie serca ( podejrzenie zatoru) następnie zostaliśmy odesłani do klinki posiadającej odpowiedni sprzęt, w której miał on zostać porządnie przebadany. Kot w aucie stopniowo odzyskiwał świadomość jednak dalej to nie był ten kotek, którego znaliśmy. Jechaliśmy do kliniki z podejrzeniem zatoru, po zbadaniu zwierzaka (EKG+USG serca) stwierdzono, że ma on przerośniętą ścianę serduszka i przyśpieszoną akcję serca, jednak nie jest to wada na tyle rozwinięta, aby już podejmować jakiekolwiek działania w związku z leczeniem. Kot został odprawiony do domu, ponieważ stwierdzono, że jego stan jest dobry. Następnego dnia mieliśmy przyjechać na kontrolę, miała być w klinice osoba, która posiada większe doświadczenie w ‘sprawach sercowych’.

Tak, więc pojechaliśmy, zrobiono mu badanie EKG, kolejny raz powiedziano, że wada nie jest na tyle rozwinięta, aby ją już leczyć i powiedziano nam, że mamy kota po prostu obserwować, pobrano mu krew a z badań wynikło, że kotek jest zatruty dostał odpowiednie leki, byliśmy przekonani, więc że atak jest skutkiem zatrucia.
Dziesięć dni później kot dostał kolejnego ataku, był wieczór około 22-23. Sama sytuacja była dość nietypowa, kotek spał spokojnie na leżysku i nagle dostał ataku, wyglądało to jak poprzednio, zupełny brak świadomości, przelewanie się przez ręce… Pognaliśmy do kliniki i niestety byliśmy zmuszeni zostawić kota na obserwacji, powiedziano nam, że mamy przyjechać dnia następnego o 17:00 (do końca nie byłam pewna czy pisać, dlaczego ‘niestety’, stało się tak, że nie jesteśmy zadowoleni z usług owej klinki nie chcę nikogo oceniać, dlatego też nie podaję nazwisk ani nazw, zapewne wielu zwierzętom pomogli w tej klinice (znam nawet jeden przypadek, drugim może być Gabryś, bo pomimo tego jak zostaliśmy potraktowani, kot wyszedł z konsultacji o których piszę później, z bijącym sercem - został uratowany), więc ludzie mogą mieć o nich dobre zdanie, jednak my po tym jak zostaliśmy potraktowani a właściwie nie my tylko Gabryś, nie potrafimy powiedzieć nic oprócz tego, że żałujemy, że trafiliśmy tam a nie do innej przychodni). Byliśmy po kota punktualnie, został on oddany nie wiedzieć, czemu z opóźnieniem, dodatkowo nie pozwolono nam wejść do pomieszczenia, w którym on przebywał, jego rzeczy były zasikane, kot pachniał kałem, mimo że oddaliśmy go z kompletem 2 kocyków, z zastanej sytuacji wynikało, że kot przebywał cały ten czas w swoich odchodach, że nie został mu zmieniony podkład, no trudno… kot po powrocie do domu wcale się nie cieszył, był taki zmarnowany i smutny, że serce się ściskało, tragedia… pomyślałam wtedy, że nigdy przenigdy nie zostawię go już samego). Po odebraniu kota dowiedzieliśmy się, że jego stan ustabilizował się około 1 w nocy ( podano leki, trzymano pod tlenem) i zaproponowano nam kolejne konsultacje, ponieważ do kliniki miała przyjechać dr X specjalizująca się w kardiologii.

Sześć dni później zawitaliśmy do kliniki na kontrolę byliśmy umówienie na 12:00, zostaliśmy przyjęci po godzinie i NAJGORSZE, co mogłam zrobić – oddałam kota na badanie SAMEGO, chociaż przyrzekałam, że nigdy go już nie zostawię. Dlaczego tak zrobiłam? Poniekąd pewnie, dlatego że nie spodziewałam się takiego zakończenia tego dnia, druga sprawa to zaufanie do osób z wykształceniem, podany przez osobę wpuszczającą powód ‘ panie dr prowadzą prywatne rozmowy podczas badań ‘ niezbyt mnie przekonywał, ale cóż wygrało zaufanie. Kot został oddany na badanie w trakcie, którego dostał ataku (właściwie to nie wiadomo jak to wszystko wyglądało i kto zawinił, bo nas przy tym nie było, tak, więc moja rada - nigdy, przenigdy nie zostawiać kota samego na badaniach, lepiej być, wiedzieć, co się dzieje, kot jest spokojniejszy, a my także, bo wiemy, co i jak a w razie, gdy coś się przytrafi nie trzeba snuć domysłów i oskarżać kogokolwiek bezpodstawnie), okazało się, że jest to częstoskurcz, kot został włożony pod tlen, jego stan wciąż się nie poprawiał, więc zostaliśmy wezwani i poinformowani o całej zaistniałej sytuacji.

Mieliśmy zostać z kotem i próbować go uspokoić, przywrócić mu świadomość mówiąc do niego i głaskając. Zostaliśmy z kotem sami, miał on błędny wzrok, odzyskiwał świadomość by za chwilę ją stracić, widać było, że cierpi, nie wie, co się z nim dzieje, gdzie jest, dyszał, próbował wstawać, lecz nie potrafił, przewracał się, stracił panowanie nad swoim ciałem. Staliśmy mówiąc do kota i próbując mu w jakiś sposób pomóc jednak nic się nie działo, kot umierał. Wokół chodzili lekarze, nikt nie zwracał na nas uwagi, konsultacje trwały dalej, mimo że w pomieszczeniu, co chwilę pojawiała się jakaś osoba, nikt nas nie zauważał nikt nie podszedł sprawdzić stanu kota, nikt nie podał leków, nie włożył z powrotem pod tlen. Śmieszna sytuacja, zważywszy na to, że wszyscy ci lekarze interesowali się Gabrysiem, gdy był on zupełnie zdrowy, chcieli go dotykać głaskać, brać na ręce, a - gdy potrzebował pomocy nikt zupełnie NIKT się nie zainteresował. Po około godzinie zaniepokojona brakiem poprawy i reakcji osób z kliniki, zapytałam, na co właściwie czekamy, czy mamy sobie po prostu jechać do domu, bo kotu wcale się nie polepsza, wręcz przeciwnie jest coraz gorzej. Wtedy powiedziano nam, że musimy czekać aż atak kotu przejdzie, ze jest to bezpośrednie zagrożenie życia kota a z racji tego nie, że nie godzimy się na zostanie kota w szpitalu musimy z nim zostać. Zostaliśmy i czekaliśmy. Minęła kolejna godzina i wtedy dopiero zajęto się kotem – kolejny raz zrobiono mu EKG, było widać, że serce kota nie pracuje prawidłowo, kot wciąż miał częstoskurcz, dopiero wtedy podano leki, po 30 min wykonano kolejne EKG, na którym widoczna była poprawa. Kot pomału odzyskał świadomość. W trakcie tej wizyty powiedziano nam, że kot jest chory na kardiopatię przerostową, że choroba jest w stadium zaawansowanym, chociaż tydzień wcześniej mówiono coś innego, nie dawano mu także szans na przeżycie miesiąca. Wróciliśmy do domu z receptą na Atenonol, kotem i HCMem.

Tak właśnie wyglądał początek naszej przygody z HCMem. Nie poddawaliśmy się jednak, spędziłam przed komputerem naprawdę dużo godzin starając się poznać mechanizm tej choroby, szukając innego wyjaśnienia na stan Gabrysia, czytając na temat tego, co będzie dalej, czego się spodziewać, jak rozwinie się ta choroba, trafiłam na artykuły bardzo dobrych lekarzy, z którymi kontaktowałam się później mailowo w sprawie Gabrysia, między innymi dzięki dr Niziołkowi Gabryś trafił pod opiekę bardzo dobrego lekarza, który prowadzi go do teraz. Pierwszy raz Gabryś zawitał u swojego lekarza na początku czerwca 2015 potwierdzono, że jest on chory na kardiomiopatie przerostową, dostosowano odpowiednią do stanu kota dawkę ( przez cały czas kot zażywał atenonol przepisany w klinice, dzięki któremu nie mieliśmy już do czynienia z atakami) atenonolu i powiedziano nam, na co powinniśmy zwracać uwagę (mierzenie tempa pracy serca na zasadzie wolno/szybko, mierzenie ilości oddechów na minutę). Od tamtego czasu Gabryś był na 5 wizytach kontrolnych u swojego lekarza, raz bywało lepiej raz gorzej, Gabrysiowi dokładano kolejne leki na obniżenie ciśnienia, spowolnienie przepływu krwi, przeciwko obrzękowi płuc, przeciwko zakrzepom, aktualnie posiadamy pokaźny arsenał leków, po ostatniej wizycie okazało się, że jest troszkę lepiej, stwierdzono też, że Gabryś choruje na kardiomiopatię restrykcyjną spowodowaną, prawdopodobnie zapaleniem mięśnia sercowego (powodem może być zatrucie, które wykryto wcześniej?), dostosowano odpowiednie dla przypadku leki i od zeszłego czwartku Gabryś jest na ‘nowym’ (bo cześć leków jest ta sama, cześć została zastąpiona innymi, jeden został dołożony) leczeniu, czekamy na efekty i za dwa tygodnie jedziemy na kontrolę.

O kontroli:

Pojechaliśmy na wizytę kontrolną, mieliśmy standardowo zrobić echo i zobaczyć jak działa nowe leczenie (zmiana leków), echo wyszło świetnie, była poprawa, no ale kot nie czuł się dobrze. Lekarz zapytał na wejściu „ Jak czuje się Gabryś?”, „Wszystko byłoby świetnie gdyby nie to że się dusi”. No i zaniepokojeni zaczęliśmy zastanawiać się dlaczego tak jest. Miałam filmik na którym Gabryś miał duszność, pokazałam do lekarzowi, on zobaczył, pomyślał, zaczął osłuchiwać Gabrysia który w trakcie osłuchiwania zaczął się dusić ( na szczęście po chwili było już dobrze), potem RTG płuc żeby zobaczyć jak wygląda sytuacja w płucach, nie było najlepiej, od wizyty w maju nastąpiło pogorszenie. Lekarz stwierdził że za bardzo wszyscy skupili się na sercu, że możliwe Gabryś oprócz problemu kardiologicznego ma odrębny problem w układzie oddechowym. Wysunął kilka hipotez - astma, zapalenie płuc, jakieś bakterie czy wirusy, diskineza rzęsek, zaproponował dwa rozwiązania albo leczenie antybiotykiem w ciemno albo pobór wydzieliny z płuc, oddanie jej na badanie i dobranie najlepszego leku, wtedy dokładnie wiedzielibyśmy z czym mamy do czynienia i jak sobie z tym poradzić. Badanie miało trwać 40 minut, specjalna narkoza działająca tylko 15 minut, w tym czasie pobranie materiału, ciągłe monitorowanie stanu kota-przy zabiegu byli obecni wszyscy wet z przychodni, potem wybudzenie zwierzęcia, stabilizacja pod tlenem, podanie odpowiednich leków, antybiotyk na czas badania próbki, powrót do domu i stały kontakt telefoniczny, po wynikach dobranie najbardziej optymalnego leczenia. Nie chcieliśmy eksperymentować więc wybraliśmy zabieg. Każdy zabieg wiąże się z ryzykiem, ale byliśmy spokojni bo oddawaliśmy naszego maluszka w dobre ręce. Czekaliśmy i czekaliśmy…. Aż w końcu po godzinie przyszedł lekarz i powiedział że stan Gabrysia jest ciężki, ze cały czas próbują go ratować, że serce bije i jest silne ale płuca nie chcą zaskoczyć… Powiedział że będą dalej walczyć, ale jest źle. Po półtorej godziny poszliśmy pożegnać się z naszym Gabrysiem… Smutek był bardzo wyraźny w oczach lekarza prowadzącego Gabrysia, nie tak miało to się skończyć, nie tego oczekiwał. Podczas zabiegu doszło do zachłyśnięcia ropą, której ilość wskazywała na to że nasz maluch miał zapalenie w płucach już bardzo długo, podawanie furosemisu z jednej strony pomagało bo wyciągało wodę z płuc ale z drugiej szkodziło bo zawiesina stawała się coraz gęstsza i coraz gorzej szło naszemu maluchowi jej odksztuszanie. Z żalem i smutkiem, ze łzami w oczach wróciliśmy do domu.

Historia Gabrysia pokazuje jak bardzo złożona może być choroba, pokazuje że nie wolno iść utartymi schematami, że obok siebie mogą istnieć dwie odrębne choroby, pokazuje że należy mieć oczy szeroko otwarte, należy konsultować każde ‘gorsze’ dni z lekarzem, pokazuje że trzeba się pytać, drążyć temat, czasami być przewrażliwionym, a przede wszystkim że należy doceniać każdą chwilę jaką możemy spędzić z naszym małym skarbem.

KILKA PORAD:

Chciałabym jeszcze napisać o tym jak wygląda samo życie z kotem chorującym na HCM.
Zacznę od początku, czyli przeniosę się do czasu przed pierwszym atakiem Gabrysia. Z początku nie zwróciliśmy na jego zachowanie uwagi, myśleliśmy, że to, że częściej śpi, leży w spokojnych miejscach i mniej się bawi jest spowodowane tym, że dorósł ( miał wtedy 2 lata), nic bardziej mylnego, są to pierwsze objawy choroby, jeśli kto nagle z szalonego uwielbiającego zabawę zwierzaka zamienia się w leniuszka, szukającego spokojnego miejsca na przekimanie swojego bólu nie lekceważ tego, lepiej dmuchać na zimne.

Kolejna sprawa zatrucie, które spowodowane było zapewne rośliną Fikus Baobab, jak się później okazało trującą dla zwierząt lub płatkami róż (w pokoju na komodzie stał piękny bukiet róż, w wazonie, a w wazonie woda, a w wodzie odżywka na przedłużenie trwałości róż), które kotek lubił sobie podgryzać, gdy nikt nie patrzył. Tak, więc kolejna sprawa, sprawdzamy czy w domu w zasięgu kota (czyli wszędzie, bo kot to cwaniak i potrafi wszędzie wejść) nie ma roślin, które mu zaszkodzą, upewniamy się że kocia trawka jest faktycznie kocią trawką a nie podobnie wyglądającą rośliną, bo i o takich przypadkach zatrucia słyszałam, jeśli trzymamy bukiet w pokoju a koty lubią go obgryzać, wynośmy go na noc do pomieszczenia które zamykamy aby nie ryzykować.

Należy być świadomym tego, które rasy są narażone w szczególności na HCM. Przytoczę tutaj tekst ze strony http://www.niziolek.com.pl/HCM.html : „Przede wszystkim najczęściej choroba ta występuje u kotów następujących ras – Maine Coon, Ragdoll, Norweski Leśny, Syberyjski, Brytyjski Krótkowłosy i Długowłosy, Sfinks, Devon Rex i German Rex. Zwiększa się również skłonność do HCM u innych ras kotów – Syjamski, Birmański, Burmański, Bengalski i Perski. Oczywiście spotyka się również koty europejskie („dachowce”), które mogą chorować na kardiomiopatię przerostową.”

Dalej, jeśli u Twojego zwierzaka rozpoznana zostanie choroba, dostajesz odpowiednie leki - przestrzegaj zasad ich podawania. U nas sytuacja jest dość wymagająca. Gabryś zażywa 6 leków, dwa z nich są podawane, co 3 dni, ale nie w ten sam dzień. Nie ma żadnej zasady, bo wszystko przesuwa się w czasie, skomplikowane i łatwo się pogubić, niektóre leki podaje się rano inne wieczorem, jeden z jedzeniem, inny godzinę przed jedzeniem. Gabryś dostaje leki o 6 rano i o 18, tak, więc cały czas trzeba być pod budzikiem. Zdążało mi się spóźnić z podaniem leku, bo np. nie usłyszałam budzika o 6 rano, lub nie zdążyłam na czas do domu, wiadomo nic się nie stanie, jeśli od czasu do czasu podamy lek godzinę później, ale warto tego pilnować. To o ułatwia sprawę to nastawianie alarmu w telefonie, warto rozpisać sobie także ‘harmonogram podawania leków’ ja robię to w formie miesięcznej w excelu a następnie drukuje i przywieszam na tablicy, obok której stoi koszyczek z lekami malucha. Mam na harmonogramie kolumnę na dzień miesiąca, kolumny na nazwy leków + zapisaną dawkę i kiedy dany lek należy podać, dodatkowo mam kolumnę na monitorowanie tempa bicia serca (wolno/szybko), kolumnę na ilość oddechów, na wagę kota, na jego samopoczucie i inne informacje np. wizyty konsultacji. Taka rozpiska ułatwia sprawę, jeśli np. ktoś inny musi wyjątkowo podać lek - bo najlepiej żeby robiła to zawsze ta sama osoba ( unikniesz sytuacji podania podwójnej dawki), dodatkowo na harmonogramie możesz zapisać sobie, że podałeś dany lek, bo czasami człowiek jest na tyle zaspany, że sam nie wie czy podał leki czy nie – mi się zdarzyło, gdy byłam przeziębiona wstać o 6 podać leki połozy się spać i potem nie pamiętać czy wstałam rano czy nie, ale na harmonogramie było zapisane, że tak, więc nie musiałam się martwić.

Na temat monitorowania tempa bicia serca, gdy zauważasz, że nagle serduszko zwierzaka bije szybciej niż zwykle jest to Twój alarm i powinieneś udać się na kontrole ze zwierzakiem ( nie chodzi mi o jednorazowe sytuacje np. zwierzak się czymś zestresował i trzeba zaraz z nim biec do lekarza, ale trzeba być czujnym).

Liczenie oddechów. Zdrowy kot ma około 20/30 oddechów na minutę. Ja liczę oddechy kładąc rękę na plecki kota lub patrząc na ruch klatki piersiowej ze stoperem w ręce. Kiedy widzę, że kot ma 50/60 oddechów, konsultuję się z jego lekarzem telefonicznie, z zapytaniem, co mam robić, wtedy albo podaję mu większą dawkę odpowiedniego leku – na polecenie lekarza! lub udaje się z nim na kontrolę- tego samego dnia, w chwili po decyzji o wymaganej kontroli! Nie można lekceważyć podwyższonej częstotliwości oddechów, bo jest to sygnał, że kot ma problemy z oddychaniem i może zacząć się nam w każdej chwili dusić.

Waga – monitorujemy dla pewności. U nas jest to wymagane, bo ostatnio Gabryś czuł się gorzej i zaczął strasznie chudnąć, teraz jest lepiej dzięki temu, że podajemy mu ‘dodatkowe jedzenie’ co 2 godziny przez cały dzień od 6 rano (mieszamy mokre z karmą dla kociąt, bardziej kaloryczną niż zwykła którą jadł), oczywiści cały czas kot ma dostęp do zwykłej suchej karmy, którą może przegryzać pomiędzy kolejnymi porcjami ‘dodatkowego jedzenia’. Dodatkowo staram się, jeśli tylko mogę podawać kotu leki a następnie dawać jedzenie żeby mieć pewność, że wszystko trafi tam gdzie powinno.

Samopoczucie sprawdzamy by wiedzieć na przestrzeni czasu jak czuje się kot, zależy to od pogody, od tego, co aktualnie dzieje się w miejscu, w którym on przebywa – remont, urodziny, niespodziewana wizyta dzieci, nowe zwierzę. Warto zapisywać, kiedy kot się czuje lepiej a kiedy gorzej, bo to analizując z pozostałymi czynnikami możemy stwierdzić czy kot czuje się ok czy należy udać się do kontroli.

Ewelina
Iza

Awatar użytkownika
Justi_x
Posty: 127
Rejestracja: 25 sty 2016, 14:30
Płeć: kobieta
Skąd: Warszawa

Re: Kocie serduszko

Post autor: Justi_x » 19 cze 2017, 20:50

Byłam dziś na echu serca z moją koteczką. Luna ma niecałe 2 lata.
Badanie zrobione tak, po prostu- w hodowli powiedziano mi, że dobrze byłoby zbadać dziewczynę około drugiego roku życia.
Nie ma niepokojących objawów.
Zasadniczo, badanie jest w porządku, ale..
Pani doktor zauważyła, że grubość przegrody międzykomorowej w rozkurczu jest trochę ponad normę- mierzona w trzech miejscach, odpowiednio 5,2mm, 5,6 mm, 5,4mm.
Przepływy i kurczliwość w normie.

Pani doktor stwierdziła, że grubość za duża, bo powinna mieć około 5mm, ale to duży kot, więc może w normie?
Szczerze mówiąc nie jest to dla mnie jednoznaczna sytuacja- pani doktor powiedziała, że rzadko bada brycie.

W Was nadzieja- niepokoić się, powtarzać badania, czy faktycznie te koty mogą tak mieć?

Awatar użytkownika
Becia
Agilisowy Rezydent
Posty: 15004
Rejestracja: 22 lut 2012, 09:28
Płeć: kobieta
Skąd: opolskie

Re: Kocie serduszko

Post autor: Becia » 19 cze 2017, 23:13

Zbadałabym kotka u kardiologa. Naprawdę warto :)
Obrazek

Awatar użytkownika
Limonka
Agilisowy Rezydent
Posty: 2537
Rejestracja: 19 maja 2015, 15:43
Płeć: Kobieta
Skąd: Warszawa

Re: Kocie serduszko

Post autor: Limonka » 19 cze 2017, 23:43

Justi_x, jesteś z Warszawy, uderzaj do Vetcardii do dr Niziołka :) Tam się i na Brytkach i na nie-Brytkach znają.
http://vetcardia.pl/

Awatar użytkownika
Justi_x
Posty: 127
Rejestracja: 25 sty 2016, 14:30
Płeć: kobieta
Skąd: Warszawa

Re: Kocie serduszko

Post autor: Justi_x » 20 cze 2017, 08:21

Dziękuję, Dziś się umówię.

Awatar użytkownika
Justi_x
Posty: 127
Rejestracja: 25 sty 2016, 14:30
Płeć: kobieta
Skąd: Warszawa

Re: Kocie serduszko

Post autor: Justi_x » 28 cze 2017, 20:14

Jesteśmy po wizycie u dr Niziołka.
Wstawiam wyniki badań.
Doktor troszkę uspokaja, a ja płaczę po kątach.
Powiedzcie, co myślicie o tych badaniach?
Obrazek
Boję się o moją dziewczynkę.
Ma niecałe dwa lata.

Awatar użytkownika
Becia
Agilisowy Rezydent
Posty: 15004
Rejestracja: 22 lut 2012, 09:28
Płeć: kobieta
Skąd: opolskie

Re: Kocie serduszko

Post autor: Becia » 28 cze 2017, 22:43

Nie martw się na zapas. Wynik troponiny wyjaśni Wam sprawę. Ja tez okrutnie się bałam a okazało się, że troponina jest tak niska, że nie ma mowy o kardiomiopatii. Jeżeli lekarz nie zlecił, to polecam zrobić badanie tarczycy. U nas okazało się, że mamy podwyższone parametry, co może być przyczyną zmian w sercu. Też bierzemy Atenolol i do tego Karsivan, bo serduszko jest niedotlenione. Ważny jest też pomiar ciśnienia, żeby sprawdzić czy pacjent nie ma nadciśnienia. My badaliśmy też nerki. Trzeba zbadać wszystkie możliwe powody przerośniętego serduszka.
Trzymam kciuki za zdrówko koteńki :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki: :kciuki:
Obrazek

Odpowiedz